Rysy przez Morskie Oko
2017-09-28
Wreszcie znowu na szlaku... celem jest najwyższy szczyt polskich Tatr.
- Rysy - 2499 m.n.p.m.
Pobudka o 6.30 tak aby na parking dotrzeć na 7.30 - po drodze adrenalinę podniósł mi przebiegajacy spokojnie o kilkanascie metrów przed samochdem dorodny jeleń, który szybko strząsnął resztki snu z moich oczu. Po uiszczeniu opłaty parkingowej (która wzrosła od mojego ostatniego pobytu do 25 zł/dobe) szybkim marszem podążyłem do schroniska pod Morskim Okiem. W schronisku zameldowałem sie o godz 9.10, pogoda zrobiła się piękna poranne mgły ustąpiły ciepło dogrzewającemu jesiennemu słonku.Może dlatego też troche zamarudziłem na śniadaniu i na dalszy szlak wyruszyłem ok 9.40
Dalsza droga prowadziła nad Czarny Staw pod Rysami, była miła i przyjemna...a ostatnie podejście nie sprawiało większych problemów Cała zabawa zaczęła się po obejściu Czarnego Stawu i dalszej wspinaczce na szczyt. Tu za chwile pojawił się mokry śnieg który sięgał do kolan i trzeba było sie juz mocno natrudzić aby pokonywac kolejne oddcinki drogi. Niedługo potem na szlaku pojawiły się łańcuchy, które nieraz ratowały mnie przed upadkiem na sliskim śniegu a niejednokrotnie dawały jedyną możliwość aby posuwać się dalej. Pogoda dopisywała więc jedynym utrudnieniem był zalegający śnieg, który jednak dość skutecznie spowalniał marsz i wyczerpywał siły.
Ostatecznie po trzy-godzinnej walce, w końcu z dumą i radością stanąłem na szczycie, na którym przebywało juz kilkunasu innych "zdobywców". Powiem szczerze, że radośc moja za zdobycia szczytu przeplatała sie z dużą obawą o zejście, które wiodło tą samą drogą.
Niestety nie pomyliłem sie, brak raków okazał sie brzemienny w skutkach. Drogę, którą wg mapy powinno się zrobić w ok 2,5h ja pokonałem o ponad godzine dłużej, zaliczając parę na szczęście niegroźnych otarć na rekach gdy po poślizgnięciu zjeżdzałem ok 2,5 m w dół ośnieżonym stokiem. Schodzenie w dół często odbywało się tyłem gdyż bez raków i kijków nie sposób było znaleźć oparcia na stopę. Stawiając w innych miejscach stopy w głębokie ślady można łatwo stracić równowagę i runąć w dół zwłaszcza gdzy szlak przebiegał w pobliżu stromego urwiska. O łapiących mnie po drodze skurczach czy dopadającym skrajnym zmęczeniu nie będę się rozpisywał, chociaż sprawiały że ogarniały mnie wątpliwości czy jestem w stanie dokończyć ten marsz na dół. Dodatkowo widząc z jaką swobodą "mądrale" w rakach i z kijkami sobie schodzą przeklinałem swoją głupotę i zazdrościłem im zapobiegliwości.
W końcu po ponad 3,5 mordędze znalazłem sie nad Czarnym Stawem skąd po krótkim odpoczynku zszedłem do Morskiego Oka. Na koniec udało mi sie jeszcze załapać na ostatnią bryczkę konną która za 30 zł zwiozła mnie na parking. Cóż postanowiłem wtedy sobie, że była to moja ostatnia wyprawa na szczyt w takim śniegu bez raków i kijków.
/28.09.2017 r/